Już od jakiegoś czasu chodził mi po głowie pomysł zebrania wszystkich płyt które miały na mnie największy wpływ. Oto i one. Miłej lektury.
Therion – Vovin. Cięższej muzyki słuchałem już od jakiegoś czasu. Były to przede wszystkim takie zespoły jak Metallica, Nirvana, Guns’n'Roses czy też co cięższe rzeczy które dało się usłyszeć w radiu (o dziwo w tamtym czasie można było usłyszeć cięższe rzeczy w radiowej Trójce – szczególnie późnymi wieczorami). Jednak w połowie 1998 roku coś się wydarzyło. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem Theriona. I zakochałem się w ich płycie Vovin bez pamięci. Kasetę (tak, kasetę
) słuchałem non stop przez kilka miesięcy, aż została doszczętnie zdarta przez mój magnetofon. A płyta jest dla mnie nieśmiertelna. I jest (może trochę przez sentyment) najlepszą płytą Theriona według mnie.
Emperor – IX Equilibirium. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem tą płytę byłem w ciężkim szoku. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak szybkiego, ciężkiego i mrocznego metalu. Tak rozpoczął się mój (trwający z resztą do dzisiaj) romans z black metalem. Później poszło szybko. Immortal, Emperor, Satyricon, Darkthrone, Carpathian Forest, Burzum, Mayhem… Ale to Emperor był pierwszy. I mimo tego że Cesarz już nie istnieje, ich płyty odbiły piętno na muzyce black metalowej, a takie płyty jak In The Nigthside Eclipse czy Anthems To The Welkin At Dusk należą do klasyki gatunku.
Arcana – Dark Age Of Reason. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten album byłem w fazie maniakalnego słuchania black metalu. Nie przeszkodziło mi to jednak w zakochaniu się w tym dziele, a później – w innych płytach Arcany. Muzyka tego zespołu na stałe zagościła w moim sercu, a ja od tamtego czasu kibicuję zespołowi i często powracam do ich dokonań. Do Dark Age Of Reason w szczególności.
Black Sabbath – Black Sabbath. Kiedy byłem już w okresie słuchania skomplikowanej i eksperymentalnej muzyki metalowej, w trakcie poszukiwania coraz to dziwniejszych muzycznych wynalazków – trafiłem na ten album. Było to dla mnie odrodzenie. Uszy wymęczone najdziwniejszymi metalowymi eksperymentami pokroju Choronzon czy co raz bardziej wyrafinowanym death metalem takim jak Demilich przyjęły debiutancką płytę Sabbathów i wchłonęły ją momentalnie. Muzyka płynąca z tego krążka była jak balsam. A jaki zwrot się z tą płytą wiązał? Powrót do korzeni, odrodzenie w klasycznym metalowym graniu. Najpierw oni, potem Ozzy solo, Iron Maiden, Dio, Motorhead i wielu wielu innych.
Forgotten Silence – THOTS. Płyta zainspirowana kultowym dla niektórych filmem The House Of The Spirits (tłumacząc z Polskiego na nasze: Dom Dusz). Co ciekawe zespół pochodzi zza naszej południowej granicy. Czesi nagrali dzieło tak genialne, że brakuje mi słów by je opisać. W trakcie maniakalnego słuchania metalowych klasyków wpadł mi w łapki ten właśnie album. Nie potrafiłem przestać go słuchać, przez bardzo długi czas słuchałem go wieczór w wieczór, noc w noc. Takie płyty nie powstają przypadkiem. Takie płyty nie są dziełem muzyków którzy chcą dostać się na listę Billboardu. Takie płyty to wielkie dzieła, obok których nie można przejść obojętnie. Połączenie death metalu, jazzu, awangardy, alternatywy… Czego chcieć więcej? Ta płyta na stałe ma u mnie miejsce w moim top ten.
Samael – Eternal. Kolejną płytą która zawróciła mi w głowie jest dzieło znanych w metalowym świecie Austriaków. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień. W płycie tej zakochałem się od pierwszego wejrzenia – i odważę się stwierdzić że jest to najdoskonalsze i najgenialniejsze połączenie metalu i muzyki elektronicznej jakie kiedykolwiek powstało. I nic nie zapowiada się żeby miało to uledz zmianie. Płyta ta wzbudziła jednak spore kontrowersje – Samael był oskarżany o odejście od swoich korzeni, o zdradzenie muzyki którą reprezentowali przez wiele lat. Można się zgodzić z tym lub nie. Ja bym nazwał to prędzej ewolucją. A obok tej płyty nie można przejść obojętnie.
Morgion – Solinari. Płyta którą poznałem dokładnie tego samego dnia co płytę która opisana jest poniżej – Opeth – Still Life. A wszystko to działo się w okresie mojej zaawansowanej fascynacji doom metalem. Gdy przesłuchałem Solinari poczułem się jakbym dostał patelnią w potylicę. Nie mogłem się pozbierać i słuchałem jej cały czas przez kilka dni pod rząd. Piękna i bestia – to można o tej płycie powiedzieć na pewno. Łączy cholernie ciężkie doomowe riffy oraz głęboki doomowy growling z przepięknymi delikatnymi i subtelnymi partiami plączącymi się pomiędzy nimi. Co jednak mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością? Jest to jedna z najlepszych, jeżeli nie najlepsza płyta doom metalowa wszechczasów. Szkoda tylko że pozostałe płyty Morgiona nie mogą się nawet w połowie równać z Solinari.
Opeth – Still Life. Tak jak już wspomniałem – płytę tą poznałem tego samego dnia co Morgion – Solinari. Co ciekawe – płyta ta nie przypadła mi do gustu na samym początku. Coś jednak zmieniło się po piątym jej przesłuchaniu. Średnie zainteresowanie zamieniło się w fascynację. I od tej płyty rozpoczął się mój romans (a może i nawet związek
) z zespołem Opeth. Sama płyta to solidny kawałek progresywnego metalu, który charakteryzuje się typowym dla Opetha klimatem. Płyta ta ma jeszcze jedną cechę. Poza charakterystycznym dla Opetha klimatem posiada swój własny, niesamowity… mikroklimat, jeżeli mogę to tak nazwać…
The Third And The Mortal – Tears Laid In Earth. Pierwszy album tego zespołu jaki usłyszałem. Jak można byłoby to nazwać? Doom rock? Dark doom rock? Alternative doom rock? Ciężko to w jakikolwiek sposób zakwalifikować. Tak jak i ciężko jest zakwalifikować tą płytę do tych obok których przechodzi się obojętnie. Piękna, spokojna muzyka, przepiękny wokal Ann Mari Edvardsen, cudowne aranżacje, wspaniałe kompozycje, mroczny i trzymający za serce klimat płyty… Debiut Norwegów odbija piętno na umyśle. Zapada w pamięć na zawsze.
Pain Of Salvation – Be. Z tą płytą łączy mnie trochę więcej niż tylko muzyka. Nie będę się zwierzał wam z tego, powiem tylko tyle że mam z tą płytą miłe wspomnienia. Jeżeli chodzi o rock i metal progresywny – rzadko kiedy wychodziłem poza Pink Floyd i Porcupine Tree. Ta płyta była dla mnie przełomem. Sama w sobie jest dziełem genialnym. Świetnie się jej słucha, szczególnie jeżeli lubi się łączenie wielu stylów muzycznych i wsadzanie ich pod jeden dach. Niesamowite wrażenia wywołuje słuchanie tej płyty i jednoczesne czytanie tekstów. Co ta płyta zmieniła we mnie? Szerzej zainteresowałem się progresywnym graniem.
Type O Negative – Bloody Kisses. Z tą płytą wiąże się pewna mniej lub bardziej ciekawa historyjka. Otóż zanim poznałem płytę w całości i w dobrej jakości znalazłem na stronach Roadrunnera przeglądarkowy odtwarzacz w którym można było posłuchać dwa utwory. Pierwszy z nich był to jakiś utwór zespołu Chimaera, który ewidentnie nie przypadł mi do gustu. Drugim był Black no.1 Type’O. Siedziałem przez chyba półtorej godziny przed monitorem i non-stop słuchałem tego utworu. Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z Type’O'Negative, która trwa do dziś, i obawiam się że trwać będzie do grobowej deski.
Summoning – Stronghold. Tak jak i w wielu poprzednich przypadkach była to pierwsza płyta Summoning jaka dotarła do moich uszu. I była to kolejna miłość od pierwszego wejrzenia. Niesamowity, Tolkienowski klimat, piękna muzyka, można by rzec – piękna i bestia – niesamowite partie klawisze połączone z black metalowym wokalem i wręcz black metalowymi riffami. Jest coś w tej płycie co nie pozwala na oderwanie się od niej, coś co sprawia że jak zacznie się jej już słuchać, to przesłuchuje się ją co najmniej kilka razy. Najlepsza płyta w dorobku Summoning.
To by było na tyle. Nie wymieniłem wszystkich ważnych płyt – po pierwsze wymieniłem te najważniejsze z najważniejszych z najważniejszych, po drugie – nie brałem pod uwagę muzyki elektronicznej, ale zrekompensuję to innym wpisem w niedalekiej przyszłości. A do podobnych zwierzeń chciałbym namówić Markolfa i Gamxxa. O ile już wcześniej czegoś podobnego nie pisali.
Zamieszczony w: Muzyka, Myśli muzyczne, O muzyce, Przeniesione, Zestawienie
