Markolf bardzo mądrze rzecze. Mam w tej materii również parę zdań do powiedzenia, a ten wpis zacznę tak samo jak Markolf – od zacytowania słów Stevena Willsona:
Kiedy byłem dzieckiem i odkrywałem jakąś kapelę, zajmowało mi dwa miesiące, żeby zdobyć ich płytę. Musiałem też odkładać kieszonkowe, żeby mieć na ten album pieniądze. Miałem trudne dylematy, żeby zdecydować, którą płytę kupić. Obecnie w 5 minut znajdziesz płytę w internecie. Posłuchasz 30 sekund i powiesz, że jednak ci się nie podoba. I odrzucasz ten zespół. To jest straszne!
Może i mógłbym zakończyć na tym mój wpis. Może. Te kilka zdań które Willson wypowiedział idealnie oddają problematykę podejścia do muzyki w XXI wieku. A podejście to jest straszne.
Tak się składa że dodam trochę od siebie. Należę do tego pokolenia które doskonale pamięta czasy w których gdy wypowiedzieć słowo “Internet” – można by usłyszeć co najwyżej: “Co? Jaki internat?”. Moim głównym źródłem muzyki były kasety magnetofonowe. Stare, poczciwe nośniki które niekiedy sprawiały więcej problemów niż przynosiły pożytku (każdy kto pamięta kasety na pewno wie o czym mówię wciąganie taśmy przez magnetofon, wyraźna strata na jakości zależna od ilości przesłuchań…). Jednak kasety to było coś. Nie można ich było ściągnąć z Internetu, nie można było wpisać w wyszukiwarce nazwy zespołu by po chwili stać się posiadaczem całej jego dyskografii, w dodatku – że tak to ujmę… nieodpłatnie. Żeby poznać całą dyskografię danej kapeli trzeba było się nieźle nagimnastykować. Kupić to co było w sklepie, dowiedzieć się o resztę albumów (najczęściej od znajomych), zamówić w sklepie daną pozycję i kilka tygodni czekać aż w końcu nasza zamówiona taśma znajdzie się w sklepie. Czego nie udało się zamówić najczęściej przegrywało się od znajomego który wcześniej przegrał to od innego znajomego który też to od kogoś przegrał… I tak – powoli, mozolnie zbierało się kolekcję swoich kaset – gdzie ładne kolorowe okładki przeplatały się z własnoręcznie podpisanymi “przegrywkami”. Miało się takich kaset 200, 300, 500… jak ktoś posiadał 1000 kaset był bogiem, mistrzem i nauczycielem zarazem.
A teraz? 500 albumów? 1000 albumów? Co to jest… Tyle można ściągnąć w jeden miesiąc, jak nie krócej. Teraz liczby świadczące o jakości “słuchacza” to niekiedy 10000, 20000 albumów. Pomijam fakt, że większość z takich mptrókowych kozaków nie słyszała nawet połowy albumów które mają na dyskach. Mają, żeby mieć. Tak o, po prostu.
Nie mam pretensji do naszych czasów. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie technologiczne możliwości które stwarza Internet – nie znałbym nawet 1/3 z muzyki której słucham. Ba. Może nie znałbym nawet 1/10. Boli mnie jednak straszliwy upadek obyczajów i gigantyczny spadek szacunku dla muzyki. Może to dla tego że kiedy zaczynała się moja fascynacja muzyką – żeby zdobyć upatrzony album – musiałem (i to w najlepszym wypadku) przynajmniej wyjść z domu, pójść do sklepu, wziąć kasetę następnie za nią zapłacić. Pomijam sytuacje w których na niektóre kasety czekałem długimi tygodniami, a niektórych albumów które chciałem mieć prawdopodobnie nigdy bym nie usłyszał gdyby nie Internet.
Niektórym jest po prostu za dobrze. Mają wszystkie albumy jakie chcą mieć, zdobywają je niekiedy w przeciągu kilku minut, a przede wszystkim – nie odczuwają odpływu polskich złotych z portfela. Bo po części wydane pieniądze utwierdzają w szacunku dla posiadanej muzyki.
Zamieszczony w: Muzyka, Myśli muzyczne, O muzyce

Całkowicie się z tobą zgadzam. Ludzie teraz nie słuchają muzyki tylko dla jej słuchania, ale słuchają jej podczas robienia innych rzeczy. Tak dla uprzyjemnienia chwili. Nie wynika do z tego, że chcemy się muzyką napawać ale po prostu mamy nawyk puszczania czegokolwiek od tak sobie, żeby leciało. Mówiłeś też o tym, że ludzie maja po kilka tysięcy piosenek na dyskach i połowy jej nie znają. Niestety ja zaliczam sie do tych osób. Mam zwyczaj ściągania płyta a nie poszczególnych piosenek. To powoduje ciągłe zmniejszanie się miejsca na moim dysku ale też powiększanie się mojej wiedzy muzycznej. Nie znam wszystkich utworów, ale znam ich coraz więcej. Ja nie jestem osobą, która ściąga wyłącznie “hity” lecące w radiu. Dla mnie to jest za mało. Zresztą ja nie lubię słuchać stacji radiowych. Słucham autorów, których mało kto zna. Tak więc mam dużo piosenek, ale i mam do nich szacunek. Przykro mi, że nie mogę napawać się kupnem każdej płyty, bo jest to niewykonalne. Dużo ściągam. Przepraszam za to artystów. Ale moja kieszeń nie jest na tyle duża żeby sprostać moim wymaganią. Zachowuje sie jak rasowy złodziej. Wiem. źle mi z tym. Ale mam nadzieje, że ww przyszłości będę mógł częściej doświadczać przyjemności kupowania płyt ze sklepu co daje bardzo dużo satysfakcji.
Zapraszam Cię na mój nowy blog. Nie jest on mocno rozwinięty, ale postaram sie go pielęgnować. http://www.dranken.wordpress.com
Pozostaje mi tylko pogratulować świetnego przepisania myśli na cyfrową klawiaturę. Nie będę przypominać, że myślę to samo
ehhhhh całe to (jak by tego nie usprawiedliwiać po części biadolenie a to za sprawą sentymentu a to za sprawą szacunku) mija się z celem Jak już ktoś słusznie napisał gdyby nie internet większość wartościowej muzyki była by nie dostępna.
Faktycznie na pewno kiedyś było trudniej i bardziej magicznie kasety TDK przegrane na jamnika od starszego sąsiada fakt łezka się w oku kręci bo to było jedyne nie powtarzalne Ale to co bardziej mnie boli smuci i przeraża to fakt że obecnie w pierwszej dekadzie XXI wieku nie ma znanego ponad czasowego zespołu trafiającego do szerokiej publiczności w różnym wieku. Dawniej każda dekada miała swoich przedstawicieli autentycznych buntowników którzy po za napychaniem kieszeni chcieli coś pokazać uzewnętrznić się itp. Np lata 60-70 cała masa (Pink Floyd The Dors King Crimson…) lata 80 (Quin,The Cure , Depeche Mode ) dalej 90-tę (Nirvana Pearl Jam) i inni a obecnie?? Obecnie tylko kasa kasa kasa “wytapetowani “artyści zapomnieli że po za kosmetykami liczy się jeszcze muzyka. Słowem zero ponad czasowości polotu (gdyby nie internet dający wiele możliwości zwontpił bym chyba w siłę muzyki ) szkoda że teraz liczy się tylko kalkulacja i narzucony image. Dlatego też ja nie podchodzę do internetu jak o narzędziu niszczącym szacunek do muzyki chodź w pewnym sensie tak jest lecz jak o skarbiec prawdziwie wartościowej muzyki której nie usłyszymy nigdzie indziej.