Behemoth – The Apostasy

Ała. Boli. Uszy bolą. Behemoth wymiótł. Zniszczył. Zabił. Zgwałcił. Splugawił. Behemoth po raz kolejny nie zawiódł. Behemoth po raz kolejny nagrał najlepszą płytę w swojej karierze. Hail Behemoth, hail Nergal! Ocena: 666/10. Tak, to już koniec recenzji. Na dobrą sprawę to mógłby być już koniec recenzji. Ale Was tak z tym nie zostawię, co?

Nikomu nie muszę mówić że Behemoth od początku swojej kariery z płyty na płytę ewoluuje. Zaczynając od Sventevith (Storming Near the Baltic) na The Apostasy kończąc. Ten zespół jest jak muzyczna lawina. Zaczęło się od pojedynczego kamyczka, a z każdym nowym nagraniem porywane są coraz to nowe kamyczki, coraz większe głazy… Tak jest. Najnowsza płyta Nergala i spółki to jest już potężna lawina która spowodowała potężne zniszczenia w metalowej scenie, która po raz kolejny podniosła poprzeczkę cholernie wysoko. Na kolejnej płycie Behemoth znów tą poprzeczkę bez trudu przeskoczy. A reszta będzie podskakiwać na dole próbując w ogóle tą poprzeczkę w ogóle zobaczyć.

Nie każdy wie że Behemoth to najlepszy polski towar eksportowy. Vadera zostawili już dawno daleko z tyłu. Resztę metalowej sceny jeszcze dalej. O pozostałych “walorach” polskiej sceny w rodzaju Szymonów Wydr i innych Ich Trojaczków nie wspomnę. To zakały. Za granicą Polska to wódka, piękne kobiety i Behemoth. Ostatnio doszli jeszcze Kaczyńscy, ale oni szybko znikną. A Behemoth pozostanie.

To ja może zacznę w końcu pisać o The Apostasy?

Ta płyta to rzeźnia. To perfekcyjne połączenie techniki gry z niesamowitymi pomysłami i genialnym klimatem. Na tej płycie znajduje się wiele smaczków – nie znanych wcześniej w twórczości Behemoth. Są ukryte gdzieniegdzie partie instrumentów dętych, są iście Laibachowe chórki, fortepian… Nie będę zdradzał wszystkiego – to trzeba odkryć samemu. Smaczki nadają płycie dodatkowego klimatu i podnoszą ją jeszcze wyżej na piedestale muzyki. Nergal wydaje się być połączeniem genialnego muzyka i genialnego matematyka – w tej muzyce wszystko jest na swoim miejscu, chciało by się powiedzieć że na tej płycie nie ma ani jednego zbędnego dźwięku, ani jednego dźwięku brakującego. Mimo ścian dźwięku jakie się pojawiają wszystko wydaje się być perfekcyjnie obliczone, każdy riff, każde uderzenie w werbel, każda salwa z podwójnej stopy… A zarazem wszystko to jest w idealnej harmonii z klimatem typowym tylko i wyłącznie dla Behemotha.

Ta płyta jest pozycją obowiązkową dla każdego fana Behemotha. Zaraz, nie. Wróć. Ta płyta jest obowiązkowa dla każdego jednego fana metalu. Nie, dalej to źle wygląda. Ta płyta jest obowiązkowa dla każdego fana metalu, każdego Polaka nie wierzącego w potencjał Polskiej sceny, oraz dla każdego człowieka uważającego się za patriotę, choćby na co dzień słuchał nawet hip-hopu.

Faworyci na płycie: Be Without Fear, Kriegsphilosophie, Christgrinding Avenue, Inner Sanctum. A tak właściwie to każdy utwór na tej płycie jest moim faworytem.

Tracklista:

1. Rome 64 C.E.
2. Slaying The Prophets Ov Isa
3. Prometherion
4. At The Left Hand Ov God
5. Kriegsphilosophie
6. Be Without Fear
7. Arcana Hereticae
8. Libertheme
9. Inner Sanctum
10. Pazuzu
11. Christgrinding Avenue

Ostateczna ocena:  666/10.

Painbastard – Overkill

Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu. Niestety – skomplikowały mi się trochę sprawy, trochę rzeczy trzeba było załatwić, pozapinać parę spraw przed powrotem do Polski na ostatni guzik. Do tego pracuję na 12-godzinne nocki – niby tylko 4 dni w tygodniu, ale to wystarcza żeby przez weekend nie mieć ochoty na zbyt wiele. Dobra, kończę się tłumaczyć i przechodzę do rzeczy.

Painbastard. Dlaczego ja o tym zespole nie słyszałem wcześniej? Pozostaje mi tylko żałować. Zacznę od tego że zespół ten wpisuje się gatunkowo w klimat mi nie obcy – jednak nie zawsze ambitny i typowo parkietowy… To znaczy… Parkietowy – zależy dla kogo. 95% społeczeństwa przy tej muzyce wyszłaby z klubu niż zaczęłaby szaleć na parkiecie. Mowa tutaj o harsh/dark electro. Chcąc czy nie chcąc – Painbastard znacznie wyróżnia się wśród zespołów grających w tym nurcie muzyki alternatywnej. Po pierwsze – starają się być ambitni – i im to wychodzi. Po drugie – co wiąże się także z tym pierwszym – ich kawałki to nie tylko łupanki w tempie 130-140 robione na jedno kopyto, jak to się zdarza niektórym przedstawicielom meksykańskiej sceny harsh/aggrotech. Wytłumaczyć to można w jeden prosty sposób – Painbastard pochodzi z kraju który reprezentuje najwyższy moim zdaniem poziom grania muzyki okołoindustrialnej – Niemiec. Mogę być tu trochę nieobiektywny bo uwielbiam język niemiecki i ogólnie niemiecką scenę.

Jak prezentuje się płyta Overkill? Zaczyna się interesująco – od bardzo trance’owego kawałka Eternity, przechodząc w cholernie mocny i posiadający dobitny tekst Nervenkrieg. Dalej jest już tylko i wyłącznie dobrze: dwa mocne ciosy Common Wealth i Todesengel, mroczny System Failed. Niedobitki rozjeżdża czołg o wdzięcznej nazwie The Face Of War. Na uspokojenie nerwów mamy A Short Moment Of Love – harshowa ballada – jeżeli potraficie sobie coś takiego wyobrazić. Następnie dość klasycznie – Final Day. Po tym utworze zaczyna się prawdziwa uczta dla skołatanych narządów słuchowych – Wenn Die Zeit Still Steht. Spokojny utwór z gigantycznym potencjałem. Mimo wolnego tempa i spokojnego charakteru nie obawiałbym się go rzucić na roztańczony parkiet. Następnie mamy kolejny czołg – Innocence. Wolne tempo, napięcie, ciężki przesterowany beat… Potem Victims. Kolejny spokojny kawałek odbiegający od reszty. Dla odmiany 23:55 Uhr to dość klasyczne podejście do gatunku. No i na dobre zakończenie płyty: When All Is Said – coś pomiędzy Eternity a Wenn Die Zeit Still Steht. Bardzo dobre zakończenie płyty.

Dla fanów ciężkiej elektroniki jest to pozycja obowiązkowa. Szczególnie dla fanów takich zespołów jak Suicide Commando czy [:SITD:].

Tracklista:

  1. Eternity
  2. Nervenkrieg
  3. Common Wealth
  4. Todesengel
  5. System Failed
  6. The Face Of War
  7. A Short Moment Of Love
  8. Final Day (v.03/2005)
  9. Wenn Die Zeit Still Steht (v.04./2005)
  10. Innocence
  11. Victims (They’re Dead)
  12. 23:55 Uhr
  13. When All Is Said

Ostateczna ocena: 8,5/10

Dzisiejsze udane zakupy.

Tak jest – udane. Do kolekcji dołączyły 3 płyty – Morbid Angel – Altars Of Madness , pierwsze wydanie na winylu (Earache Records, MOSH 11). Marylin Manson – Hollywood (wybaczcie – nie mogłem się powstrzymać przy cenie 2 funtów za oryginał) oraz bardzo ładne wydanie płyty One Second zespołu Paradise Lost. – digipak z bonusowym utworem I Despair (Music for nations, CDMNFX 222). Tak. Udane zakupy. Za wszystko dałem 7 funtów ;]

Teledyski Combichrist

W związku z nadchodzącym wydarzeniem o wdzięcznej nazwie F**K THAT S**T – Pierwszy Ogólnopolski Zlot Fanów COMBICHRIST o którym z resztą będę jeszcze pisał – postanowiłem narobić Wam trochę smaczku na imprezę i daję Wam małą zajawkę – zestawienie pięciu oficjalnych teledysków Combichrist oraz jedno video koncertowe. Smacznego.

Uwaga! Teledyski mogą zawierać treści nieodpowiednie dla osób które nie ukończyły 18 roku życia, wulgarne teksty oraz przemoc.

Tak, ukończyłem 18 rok życia i jestem przygotowany na niecenzuralne treści.

Alcest – Souvenirs D’un Autre Monde

Na wstępie chciałem podziękować Gamxxowi za odkrycie tego dzieła sztuki.

Alcest – nazwa która nic nikomu nie powie. Francuski tytuł. Czego można się po czymś takim spodziewać? Gdyby nie recenzja tej płyty na Muzykofilii prawdopodobnie nigdy bym na tą płytę nie trafił a nawet jakbym trafił – nie zwróciłbym na nią uwagi.

Czym jest Alcest i czym jest Souvenirs D’un Autre Monde? Oczywiste jest to że czymś niesamowitym. Bo czyż nie można powiedzieć niesamowite o muzyce która jest połączeniem post-rocka, black metalu, piękna, smutku, radości, melancholii, marzeń?

To jest coś więcej niż tylko płyta. Powtórzę to co zdążył już napisać Gamxx – ta płyta, ta muzyka to zjawisko. Bo jak inaczej można opisać coś, co w czasach w których – wydawałoby się – w muzyce zostało już powiedziane… może nie wszystko, ale bardzo, bardzo wiele, pojawia się nagle, odkrywa nową drogę muzyki, poszerza jej horyzonty a następnie wzlatuje wysoko stawiając poprzeczkę dodatkowo opisaną jako nowa jakość?

Czy muzyka której korzenie czerpią z black metalu, otoczką jest post-rock okraszony wspaniałym – męskim i żeńskim wokalem ma jakieś szanse? Tak. Bo w tej muzyce jest magia. Magia tego za czym bardzo często tęsknimy – magia dzieciństwa. Pytam dalej. Czy muzyka która jest prosta, a za razem skomplikowana, której brzmienie (szczególnie gitar) ma korzenie w surowym, brudnym brzmieniu black metalu ma szansę zostać – tak jak przewiduje towarzysz Gamxx – kultową? Tak. Ponieważ ta płyta ma w sobie coś magicznego, budzi w człowieku wspomnienia, rozbudza wyobraźnię, a gdy zamknie się oczy – maluje przed nami wspaniałe pejzaże. Pozycja absolutnie obowiązkowa.

Tracklista:

1. Printemps Emeraude
2. Sounvenirs D’un Autre Monde
3. Les Iris
4. Ciel Errant
5. Sur L’autre Rive Je T’attendrai
6. Tir Nan Og

Ostateczna ocena: 10/10